26/04/2026
W świecie, w którym internet coraz częściej jest przestrzenią pełną hejtu, polaryzacji i bezrefleksyjnych emocji, zdarzają się momenty, które każą na chwilę zatrzymać się i zrewidować ten obraz. Dziewięciodniowy, nieprzerwany stream charytatywny prowadzony przez Latwogang dobiegł końca. Ponad 250 milionów złotych zebranych na rzecz cancer FIGHTERS
Woow…😱
Ten imponujący wynik zbliża się do skali WOŚP, instytucji budowanej przez dekady, zakorzenionej społecznie, kulturowo i emocjonalnie.
Umysł mój nie może ogarnąć tego zjawiska, jakby poznawczy opór nim zawładnął🫨🙄😵💫, spróbuję jednak się z nim zmierzyć.
Zakładam, że to co wydarzyło się wokół tej zbiórki, nie było efektem racjonalnego planowania, a efektem z momentu. Z rzadkiej sytuacji, kiedy internet, zamiast rozpraszać uwagę, skupia ją w jednym punkcie, gdzieś w zwykłej kawalerce na Gocławiu. Mamy tu do czynienia z klasycznym efektem kuli śnieżnej, efektem zsynchronizowanych emocji setek tysięcy ludzi, a widoczność reakcji innych tworzą środowisko, w którym działanie staje się impulsem. To był impuls nagły, zbiorowy i intensywny.
I coś w tym wszystkim brzmi znajomo. Jak echo doświadczeń ostatnich lat: pandemii COVID-19 i wojny w Ukrainie. Można odnieść wrażenie, że jako społeczeństwo jesteśmy dziś szczególnie wrażliwi na takie impulsy, tak jakby wciąż była w nas gotowość do mobilizacji, która tylko czeka na swój moment.
Jednak w centrum tej historii nie stoi ani streamer, ani nawet imponujący wynik finansowy. W centrum są dzieci chore na nowotwory, które stały się moralnym punktem odniesienia, to grupa, która w debacie publicznej pojawia się zbyt rzadko, a jeśli już, to najczęściej w kontekście dramatycznych apeli o pomoc.
Dzieci chore na nowotwory przypominają o granicach systemu, technologii i naszym poczuciu kontroli. W świecie, który przyzwyczaił nas do przekonania, że wszystko da się przewidzieć, zaplanować i zabezpieczyć, ich choroba jest brutalnym przypomnieniem, że nie wszystko zależy od nas.
I być może właśnie dlatego odpowiedzią staje się działanie zbiorowe, bo przywraca poczucie sensu w obliczu czegoś, co sensu nie ma. Bo ludzie nie pomagają tylko dlatego, że mogą albo chcą coś przeżyć.
Pomagają, bo nie chcą zaakceptować świata, w którym dzieci cierpią bez odpowiedzi.
Dlatego ta zbiórka jest czymś więcej niż impulsem tłumu czy efektem internetu. Ona pokazuje mechanizm, który Viktor Frankl, twórca terapii sensu życia, opisywał bardzo jasno: kiedy nie możemy zmienić sytuacji, jesteśmy wezwani, by zmienić siebie. Podkreślał, że człowiek nie tyle poszukuje szczęścia, co sensu. A sens najczęściej pojawia się tam, gdzie rzeczywistość stawia opór, gdzie nie wszystko da się naprawić, wyjaśnić ani uporządkować.
To nie internet stworzył zjawisko „pospolitego ruszenia”, którego przez ostatnie dni byliśmy świadkami. On tylko je umożliwił. Bo to, co naprawdę się wydarzyło, rozegrało się gdzie indziej, w decyzjach pojedynczych ludzi, którzy na moment przestali być tylko odbiorcami, a zaczęli być odpowiedzią. I kiedy takich odpowiedzi pojawia się wystarczająco dużo, dzieje się coś, co z zewnątrz wygląda jak zbiorowy impuls, a w istocie jest czymś znacznie głębszym:
chwilowym uporządkowaniem świata wokół sensu.